Ila razy słyszałeś/aś od swojego otoczenia: "Powinieneś to czy tamto", "Musisz tak postąpić", "Wszyscy tak mają", "Trzeba zrobić to i to" itp.
Okazuje się, że nasze otoczenie, doskonale wie, jak powinniśmy żyć. Rodzice od najmłodszych lat mają wobec nas jakieś oczekiwania i kształtują nasz świat. Chcą, żeby dzieci były najlepsze, najładniejsze, najmądrzejsze, znały po 10 języków. Pracują niejednokrotnie na dwóch czy trzech etatach, żeby starczyło kasy na zajęcia pozalekcyjne, na wakacje. W zamian dzieci MUSZĄ realizować ich oczekiwania. Inaczej postrzegane są jako niewdzięczne. Zresztą większość z nas nie widzi lub nie widziała w tym nic złego. To przecież takie naturalne. Rodzice znają nasze potrzeby, wiedzą, co jest dla nas dobre, więc o co chodzi? No właśnie...czy aby na pewno znali nasze potrzeby. Czy patrzyli tylko swoimi oczami na nasz świat? A my mamy być takimi pacynkami, które robią to, co ręce w nie włożone? Dodatkowo nasze środowisko typu szkoła, kościół, praca wzmacniają to przekonanie, że tak właśnie jest dobrze. Inni wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre, więc powinniśmy tego słuchać i tak robić.
Dla mnie osobiście to taki rodzaj pajęczyny, w jaką wpadamy zupełnie nieświadomie. Przyjmujemy, że świat widziany oczami naszych bliskich , to nasz świat. Nie słuchamy siebie, słuchamy innych. I zaczynamy wierzyć, że też tak chcemy. Jesteśmy mali, ale już mamy ułożony schemat naszych poczynań aż do śmierci. Bo tak wszyscy żyją. Szkoła, studia, praca, małżeństwo, dzieci, kredyt na dom czy mieszkanie, wakacje w Egipcie, cotygodniowe rodzinne spotkania u mamy... Utarty schemat. Aż w końcu dopada cię znurzenie tym wszystkim, ale nie wiesz, że to nie oznacza, że z tobą jest coś nie tak. "Powinnaś być wdzięczna", "Powinnaś być zadowolona"...No kurcze, ale nie jestem, nie chcę, czy muszę?
Te uwarunkowania przenoszą się później na nasze życie w pracy (przecież musimy być wdzięczni, że ktoś nas zatrudnił), na nasze poczucie przynależności do określonej grupy (jestem matką, jak mogłabym tak zrobić, jestem kobietą, mnie nie wypada)
Te zależności, jak się okazuje, miały szalony wpływ m.in. na wybór mojej drogi zawodowej. I dlatego jestem teraz w tym miejscu, w którym jestem.
Kiedy jednak zaczynasz próbować wyrwać się z sieci swoich powiązań społecznych, zaczynasz być postrzegany jako ktoś zupełnie inny. Inny w znaczeniu "dziwny, gorszy". Zaczynają się pretensje typu "Ależ się zmieniłaś/eś", "Po co się wychylasz", "Zawsze tak było, a ty coś modzisz", "Co się z tobą stało", "Ja cię wcale nie poznaję".
Znasz to?
Ilu z was dla świętego spokoju zaprzestaje walczyć o prawo do swojego zdania, swojego sposobu ubierania się, spędzania czasu na swój sposób, do stanowienia o swoim życiu?
Wyrwać się jest bardzo ciężko, bo jak np. powiedzieć mamie, że nie przyjdziemy w tą niedzielę na obiad albo wyjeżdżamy na święta. Ileż to trzeba się natłumaczyć i usprawiedliwiać.
Jednak jeśli zaczniesz się zastanawiać nad sobą tak poważnie i bez ściemy, możesz chcieć to zmienić. Zaczniesz starać się o prawo do bycia sobą i stanowienia samemu o sobie. Najważniejsze w tej drodze, jak dla mnie, jest zacząć świadomie żyć. Świadomie czyli jasno sobie powiedzieć, jakie są moje potrzeby, moje priorytety, co chcę wybierać.
To trudne. Jednak jeśli nie odpowiada ci twoje dotychczasowe życie, to odpowiedz sobie na pytanie - dlaczego. I zacznij to powoli zmieniać.
Ja zaczęłam. 😊